wrzesień 22nd, 2008
Eskortowany z obu stron przez uzbrojonych strażników, zbliżył się do frontowego wejścia ? frontowego i, jak sobie uświadomił, jedynego. Na drzwiach widniał jaskrawoczerwony kwiat ? znajomy symbol biozagrożenia. Zastanawiał się, co robi tu ten budynek pośrodku pustkowia. A potem omiótł wzrokiem bezludny horyzont i sam sobie odpowiedział. Budynek postawiono w tym miejscu właśnie dlatego, że wokół było pustkowie. Weszli do środka i ruszyli ponurymi korytarzami w głąb gmachu. Jack widział mężczyzn i kobiety w wojskowych mundurach i laboratoryjnych fartuchach. W sztucznym oświetleniu ich twarze miały sinawy, niezdrowy odcień. Strażnicy zatrzymali się przed drzwiami z napisem ?Szatnia męska?. Jack wszedł do szatni. Wewnątrz były szafki, kosz z zielonymi chirurgicznymi fartuchami i spodniami, szafka z papierowymi czepkami, zlew oraz lustro. Pierwszy punkt wiszącej na ścianie instrukcji brzmiał: ?Zdejmij całe ubranie, łącznie z bielizną?. Rozebrał się do naga, schował ubranie do pozbawionej zamka szafki i założył fartuch oraz spodnie. Następnie przeszedł przez kolejne drzwi, również oznaczone symbolem biozagrożenia, do pokoiku, w którym paliły się ultrafioletowe lampy. Przez chwilę stał w miejscu, zastanawiając się, co ma robić dalej. Wykonał polecenie. W następnym pomieszczeniu czekała na niego kobieta w chirurgicznym fartuchu. Szorstkim, niesympatycznym tonem kazała mu założyć sterylne rękawiczki. Potem gniewnym szarpnięciem oderwała kawałki taśmy z rolki i oblepiła nimi jego rękawy i mankiety spodni. Wojsko może i zgodziło się na wizytę Jacka McCalluma, ale z pewnością nie chciałoby ją mile wspominał. Kobieta założyła mu na głowę słuchawki, a potem wręczyła podobne do pływackiego czepka nakrycie głowy, które miało je przytrzymywać. Znowu miał przywdziać kosmiczny kombinezon. Ten akurat był niebieski, z dołączonymi rękawicami. Kiedy asystentka zakładała mu na głowę hełm, Jack poczuł nagłe ukłucie niepokoju. W swojej wrogości mogła dopuścić się sabotażu, sprawić, że nie będzie całkowicie zabezpieczony przed skażeniem. Kobieta zamknęła pierścień uszczelniający na jego piersi, podłączyła wystający ze ściany przewód i Jack poczuł, jak do środka kombinezonu wpływa powietrze. Za późno było się teraz martwić, że coś zaniedbała. Był gotów do wejścia do strefy skażonej. Kobieta odczepiła wąż, po czym wskazała mu następne drzwi. Kiedy wszedł do śluzy powietrznej, zatrzasnęły się za nim drzwi. Po drugiej stronie czekał na niego człowiek w takim samym kosmicznym skafandrze. Bez słowa pokazał Jackowi, żeby przeszedł razem z nim przez kolejne drzwi. Po chwili dotarli korytarzem do sali, w której miała odbyć się sekcja. Na stole z nierdzewnej stali leżało ciało, wciąż zapakowane w hermetyczny worek. Po jego obu stronach stali dwaj mężczyźni w kosmicznych skafandrach. Jednym z nich był doktor Roman, który odwrócił się w stronę Jacka. Miłe powitanie. Mężczyzna, który wprowadził Jacka na salę, podłączył do jego kombinezonu przewód i w hełmie ponownie zaszumiało powietrze. Gdyby nie słuchawki, nie słyszałby ani słowa z tego, co mówią pozostali trzej mężczyźni. Doktor Roman i jego dwaj asystenci otworzyli worek. Jack wstrzymał oddech i poczuł, jak coś ściska go za gardło. W środku były zwłoki Jill Hewitt. Zdjęto jej hełm, wciąż jednak miała na sobie pomarańczowy kombinezon z wyszytym nazwiskiem. Nawet i bez tego poznałby ją po jedwabiście kasztanowatych włosach, ostrzyżonych na pazia i poprzetykanych pierwszymi nitkami siwizny. Jej twarz była nietknięta, powieki na pół otwarte. Obie twardówki miały jaskrawoczerwony kolor. Roman i jego koledzy rozpięli kombinezon i rozebrali ciało. Tkanina była ognioodporna, zbyt twarda, by można było ją przeciąć, musieli ją ściągnąć. Pracowali bardzo sprawnie, ich komentarze były rzeczowe, pozbawione emocji.
Posted in Bez kategorii | No Comments »
wrzesień 22nd, 2008
Zamiast niego przemówił Jared Profitt. Jego głos brzmiał dokładnie tak, jak się tego spodziewał Gordon: cienko i piskliwie. W przeciwieństwie do aroganckiego Harrisona był człowiekiem, który wolał odwołać się do racji intelektualnych. Obie zignorował go. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Pułkownik Harrison zerknął na bok, jakby konsultował się z kimś obecnym w pokoju. Kiedy ponownie spojrzał w oko kamery, miał czerwoną ze złości twarz. Leroy Cornell ponownie próbował się wtrącić. Gordon spojrzał Cornellowi prosto w oczy. Cornell był ich reprezentantem w Białym Domu, ich głosem w Kongresie. Walka z nim oznaczała położenie głowy pod topór. Mimo to nie zawahał się. Gordon omiótł wzrokiem kolegów. W większości byli inżynierami i kierownikami operacyjnymi; ich nazwiska rzadko pojawiały się w prasie. Niejednokrotnie ścierali się z astronautami, których uważali za zarozumiałych ?asów przestworzy?. Na astronautów spływała cała chwała, lecz ci ludzie, wykonujący w cieniu prozaiczne, niewdzięczne zadania, byli sercem i duszą NASA. Teraz stanęli jak jeden mąż za Gordonem. Leroy Cornell miał niewyraźną minę: znalazł się w sytuacji przywódcy, którego opuściły własne oddziały. Był dumnym człowiekiem, a to, co się stało, upokorzyło go. Odchrząknął i powoli wyprostował ramiona. Nie mam wyboru: również muszę poprzeć naszych astronautów oznajmił, zwracając się do pułkownika Harrisona. Żądam, żeby jeden z naszych lekarzy mógł obserwować sekcje zwłok. Pułkownik Harrison nie odpowiedział. To Jared Profitt podjął w końcu ostateczną decyzje. Najwyraźniej miał tutaj najwięcej do powiedzenia. Odwrócił się, by zamienić kilka słów z kimś, kogo nie było widać na ekranie, a potem odwrócił się do kamery i kiwnął głową. Oba ekrany zgasły. Konferencja wideo dobiegła końca. Cóż, zagrałeś na nosie armii Stanów Zjednoczonych ? stwierdziła Gretchen. ? Widziałeś, jaki wkurzony był Harrison? Bynajmniej, pomyślał Gordon, przypominając sobie minę pułkownika na chwilę przedtem, nim wyłączono kamerę. Na jego twarzy nie widział gniewu, lecz strach. Wbrew temu, co sądził Jack, ciał nie przewieziono do kwatery głównej USAMRIID w Fort De trick w stanie Maryland. Zostały przetransportowane zaledwie sześćdziesiąt mil od lądowiska w White Sands do pozbawionego okien betonowego bloku, podobnego do tuzinów innych anonimowych rządowych budynków, które wyrosły w tej suchej pustynnej dolinie. Od pozostałych budynków różniło go tylko jedno: liczne wentylacyjne rury wznoszące się nad dachem. Nad ogrodzeniem jeżył się drut kolczasty. Kiedy mijali wartownię, Jack usłyszał buczenie przewodów pod wysokim napięciem.
Posted in Bez kategorii | No Comments »
wrzesień 22nd, 2008
Gordon Obie wszedł do sali, w której odbywała się konferencja wideo, gotów walczyć do upadłego. Żaden z siedzących przy stole oficjeli nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo jest wściekły. Nic dziwnego, bo Obie prezentował jak zwykle pokerowe oblicze. Bez słowa siadł obok załzawionej szefowej działu public relations Gretchen Liu. Wszyscy wydawali się do głębi wstrząśnięci. Przy stole siedzieli dyrektor administracyjny NASA, Leroy Cornell, dyrektor Centrum Johnsona, Ken Blankenship, oraz pół tuzina wyższych urzędników agencji. Wszyscy wpatrywali się ponuro w dwa telewizyjne ekrany. Na pierwszym widać było pułkownika Lawrence?a Harrisona z USAMRIID, mówiącego z bazy wojskowej w Fort Detrick w stanie Maryland. Na drugim poważnego ciemnowłosego mężczyznę w cywilnym ubraniu, który przedstawił się jako Jared Profitt z Rady Bezpieczeństwa Białego Domu. Profitt nie wyglądał na biurokratę. Ze swoimi smutnymi oczyma i pociągłą, ascetyczną twarzą przypominał trochę średniowiecznego mnicha, wbrew swej woli przeniesionego w świat garniturów i krawatów. Głos miał Blankenship; jego wystąpienie skierowane było do pułkownika Harrisona. Jeden z moich lekarzy został napadnięty… przewrócony na ziemię i pobity kolbą karabinu. Mamy cztery tuziny świadków… Typowe podejście dyplomaty, pomyślał z niesmakiem Gordon. Cornell mógł być rzecznikiem NASA w Białym Domu oraz ich asem atutowym, gdy chodziło o załatwianie pieniędzy w Kongresie, ale wiele osób w NASA nie miało do niego zaufania. Nie mogli ufać człowiekowi, który rozumował raczej w kategoriach polityka niż inżyniera. Dokładnie to chcę powiedzieć. Pozwoli pan, że opiszę, co będzie się z panem działo, jeśli zakazi się pan tym wirusem. Najpierw zaczną pana boleć mięśnie i dostanie pan gorączki. Ból będzie tak dotkliwy, tak rozdzierający, że nie będzie pan mógł znieść dotyku innych osób. Prosty zastrzyk domięśniowy będzie dla pana torturą. Potem podbiegną panu krwią oczy. Zaczną się bóle brzucha i bezustanne torsje. Będzie pan wymiotował krwią. Z początku będzie czarna z powodu procesów trawiennych. Potem zmieni kolor na jasnoczerwony i zacznie wyciekać coraz prędzej, jakby tłoczyła ją pompa. Pańska wątroba spuchnie i popęka. Przestaną działać nerki. Organy wewnętrzne ulegną rozpadowi, zmienią się w cuchnącą czarną miazgę. A potem nagle wysiądzie panu ciśnienie krwi i umrze pan. Harrison zawiesił głos. Z tym właśnie mamy prawdopodobnie do czynienia, panowie. Wszyscy obecni przy stole spojrzeli na niego zaskoczeni. Sfinks przemówił. Kiedy nader rzadko zdarzało się, że Obie zabierał głos w trakcie posiedzenia, podawał zwykle monotonnym głosem cyfry i dane. Nigdy nie ujawniał swoich emocji. Jego wybuch poruszył wszystkich. Twarz pułkownika Harrisona zastygła w sztywną maskę. Nie odpowiedział.
Posted in Bez kategorii | No Comments »
wrzesień 22nd, 2008
Doktor Roman, nie odwracając się nawet w jego stronę, skierował nosze do czekającego helikoptera. Jack ruszył w stronę wahadłowca i po raz kolejny na jego drodze stanął żołnierz z podniesioną do uderzenia kolbą. Podenerwowani żołnierze zwarli szeregi, broniąc się przed napierającymi na nich, wrzeszczącymi ludźmi z obsługi naziemnej. Wzniecany przez wiele stóp pył wirował w powietrzu. Nagle gruchnął strzał z karabinu. Tłum zastygł w bezruchu. Dzieje się tu coś potwornego, pomyślał Jack. Coś, czego nie rozumiemy. Ci żołnierze mają rozkaz strzelać. Są gotowi zabić. Szef konwoju najwyraźniej również zdał sobie z tego sprawę. Żołnierze opuścili powoli broń i spojrzeli na swojego dowódcę. Długą ciszę przerywał tylko szum wiatru i szelest sypiącego się na kadłuby helikopterów piasku. Doktor Roman podszedł do Jacka. Doktor Roman zawahał się. Przez chwilę przyglądał się ludziom z obsługi naziemnej, stojącym zwartym tłumem naprzeciwko kordonu żołnierzy. Roman spojrzał na niego przez plastikową osłonę hełmu. Ta informacja jest tajna. Jego pytanie pozostało bez odpowiedzi. Z namiotu wyniesiono kolejne nosze. Czyje to były zwłoki? Przed oczyma Jacka stanęły twarze wszystkich czterech członków załogi. Żaden z nich już nie żył. Nie potrafił przyjąć do wiadomości tego faktu. Nie potrafił wyobrazić sobie tych tryskających życiem, zdrowych ludzi zredukowanych do kupki potrzaskanych kości i popękanych organów. Patrzyli, jak helikopter z dwoma ciałami unosi się w powietrze. Co tu się, do diabła, dzieje, zastanawiał się Jack. Co oni przed nami ukrywają? Jack zastanawiał się przez chwilę, komu może zaufać. Kto znajduje się wystarczająco wysoko w hierarchii NASA, żeby podjąć walkę. Połącz mnie z Gordonem Obie powiedział. Z szefem Operacji Lotów Załogowych.
Posted in Bez kategorii | No Comments »
wrzesień 22nd, 2008
Karabin uniósł się w górę, lufa znalazła się dokładnie na wysokości piersi Jacka. Chociaż zaschło mu w gardle, a serce uderzało wściekle o żebra, ominął oficera, pochylił głowę pod śmigłem helikoptera i szedł dalej w kierunku wahadłowca. Szedł z wzrokiem utkwionym w wydymającą się płachtę namiotu. Zobaczył, że mężczyźni w kombinezonach odwracają się i zaskoczeni mierzą go wzrokiem. Zobaczył, że wiatr porywa obłoczek pyłu, który wirując przecina mu drogę. Był już prawie przy namiocie, kiedy usłyszał krzyk Bloomfelda. Kolba karabinu uderzyła go dokładnie w podstawę czaszki i padł na kolana, z eksplodującymi przed oczyma jasnymi gwiazdami bólu. Kolejny cios trafił go w bok. Padając na twarz, poczuł pod policzkiem gorący niczym popiół piasek pustyni. Obrócił się na plecy i zobaczył żołnierza, który pochylał się nad nim, podnosząc kolbę do następnego ciosu. Żołnierz cofnął się. W polu widzenia Jacka pojawił się jeden z mężczyzn w kombinezonach, który przyglądał mu się przez szklaną osłonę hełmu. Był w stanie wydobyć z siebie tylko ledwie słyszalny szept. Usiadł i nagle wszystko pociemniało i zatańczyło mu przed oczyma. Złapał się za głowę, starając się zachować przytomność, walcząc ze spowijającą go czernią. Jack zastygł w bezruchu. Powoli podniósł głowę i spojrzał w oczy mężczyźnie w kombinezonie. Nie dostrzegł w nich żadnych uczuć, nic, co świadczyłoby, że ten człowiek przejął się śmiercią czworga astronautów. Jack z trudem się podniósł. Chociaż kręciło mu się w głowie, zdołał utrzymać się na nogach. Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił. USAMRIID. Doktor Roman wymówił ten skrót jak jedno słowo, ale Jack wiedział, co oznaczały te litery. Medyczny Instytut Badawczy Chorób Zakaźnych Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Dlaczego zjawiło się tu wojsko? W którym momencie misja wahadłowca stała się operacją militarną? Mrugając oczami od fruwającego w powietrzu pyłu i nadal czując, jak łupie mu w głowie, próbował przyswoić sobie tę szokującą informację. Przed jego wzrokiem przesuwała się w zwolnionym tempie nierealna sekwencja obrazów. Idący w stronę promu ludzie w kosmicznych skafandrach. Żołnierz gapiący się na niego pozbawionymi wyrazu oczyma. Namiot izolacyjny, który wydymał się na wietrze niczym żyjący, oddychający organizm. Jack spojrzał na kordon żołnierzy wciąż trzymających na muszce ludzi z obsługi naziemnej, a potem zobaczył, że ludzie w skafandrach wynoszą z namiotu pierwsze nosze. Ciało było umieszczone w plastikowej torbie oznakowanej w wielu miejscach jasnoczerwonymi symbolami zagrożenia biologicznego; wyglądało to tak, jakby ktoś obsypał zwłoki kwiatami. Widok noszy otrzeźwił go.
Posted in Bez kategorii | No Comments »